Reklama
  • Piątek, 25 marca (08:05)

    Maria Pakulnis i Krzysztof Zaleski. Z tekturową walizką po szczęście

Zaczęło się od telefonu pewnego wiosennego popołudnia 1981 roku. W słuchawce Maria Pakulnis (59) usłyszała głos przyjaciółki Agnieszki Kotulanki (59), która zapraszała ją do siebie na przyjęcie.

Pani Maria nie mogła odmówić. Nie tylko dlatego, że były koleżankami z teatru. Na studiach spały na jednej pryczy w akademiku i powierzały sobie największe sekrety. Wkrótce miał im przybyć kolejny… Na przyjęciu jasnowłosa aktorka o elektryzującym spojrzeniu poznała Krzysztofa Zaleskiego (†60). Ponoć sprawiła wówczas na nim wrażenie nieco… szorstkiej.

– Byłam nieufna. Brakowało mi taktu. Co myślałam, co czułam, zaraz wyrzucałam z siebie. Bez zastanowienia. U każdego doszukiwałam się złych intencji. Wydawało mi się, że o wszystko muszę walczyć pazurami – oceniała samą siebie po latach.

Reklama

Reżyser i aktor zrobił na niej duże wrażenie: inteligentny, wrażliwy, imponował wiedzą. Miał jednak i wady – był żonaty z aktorką Krystyną Wachelko-Zaleską (62) i miał z nią 3-letnią córeczkę. Był więc zakazanym owocem. Wychodząc z przyjęcia, pani Maria wiedziała, że niełatwo jej jednak będzie zapomnieć o nowo poznanym mężczyźnie. Ale nie musiała.

Kilka dni później odebrała kolejny telefon

Tym razem był to Krzysztof Zaleski. Ujęła go jej historia. Dzieciństwo pani Marii nie było szczęśliwe. – Miałam poczucie nieustającego strachu i braku bezpieczeństwa. Doświadczyłam głodu, totalnej biedy – wspominała. Na szczęście nauczycielka języka polskiego w liceum pielęgniarskim w Giżycku dostrzegła w nieśmiałej, rozedrganej i niepewnej siebie dziewczynie aktorski talent. Pani Maria dała się namówić i z tekturową walizką zjawiła się w stolicy. Bez trudu dostała się do PWST. Aktorstwo okazało się dla niej terapią, pozwoliło wzmocnić wiarę w siebie. Do pełni szczęścia brakowało jej miłości. – Czasami człowiek jest pokonany, ale nigdy zwyciężony – lubił powtarzać pan Krzysztof, co wkrótce stało się jego życiową maksymą. Przy nim aktorka poczuła się bezpieczna, akceptowana i pewna własnej wartości. I została jego żoną.

– Byliśmy małżeństwem bardzo twórczym i szalonym. Po spektaklach wracaliśmy do domu i rozmawialiśmy o życiu i sztuce do późnej nocy – mówi pani Maria. Mimo to często się kłócili, nie tylko o błahostki. Byli o siebie zazdrośni. Okazało się, że nie bez powodu. Kilka lat po ślubie Krzysztof wdał się w romans z młodziutką aktorką Joanną Trzepiecińską (50). Pani Maria ani myślała się z tym pogodzić. Walczyła o ukochanego i… wygrała. Pan Krzysztof wrócił do domu. – Staliśmy się wobec siebie tolerancyjni, nauczyliśmy się wybaczać. Zrozumieliśmy, co jest ważne. Mogliśmy się pokłócić, nie rozmawiać, mijać się, ale wiedzieliśmy, że możemy na siebie nawzajem liczyć. Jak przyjaciel na przyjaciela – mówiła aktorka.

– Maria jest ciepłą i skromną osobą – oceniał żonę reżyser. – Umie tworzyć rodzinę, zadbać o dom, świetnie gotuje. W sposób naturalny przyciąga do siebie ludzi. Zgodnie dzielili się obowiązkami. Nie przeszkadzało im, że pod pewnymi względami są swoimi przeciwieństwami: on był mistrzem porządku, wszystko miał poukładane i zaplanowane, ona zaś – bałaganiarą. Ich dom na warszawskim Starym Mokotowie był otwarty. Pani Maria marzyła jednak o dziecku. W 1990 roku jej marzenia się spełniły: urodziła Jana. – Codziennie dziękuję za to Bogu. W wieku 33 lat pojęłam, czym jest miłość – zwierzała się aktorka.

Niestety, w 2006 roku ich szczęście zniszczyła straszliwa choroba. Lekarze zdiagnozowali u pana Krzysztofa raka mózgu. Przez kolejne dwa lata walczył z chorobą, ale operacje, które przechodził, nie pomagały. Pani Maria zrezygnowała z pracy i opiekowała się mężem. W najbardziej tragicznych okolicznościach przyszło jej wykorzystać umiejętności ze szkoły pielęgniarskiej. Gdy chodziła na oddział, gdzie leżał jej mąż, już nieprzytomny, pomagała pielęgniarkom nawet przy innych pacjentach. W 2008 roku Krzysztof Zaleski zmarł… – Czasami myślałam, że oszaleję z rozpaczy. Nasz syn, który od dziecka jest refleksyjny, zapłacił straszliwą cenę.

Był wtedy przed maturą

Ja straciłam poczucie bezpieczeństwa, które Krzysiek jako jedyny mi dawał – mówi pani Maria. W 2009 roku rodzinę pana Krzysztofa dotknęło kolejne nieszczęście – jego córka z pierwszego małżeństwa urodziła dziecko chore na autyzm. Panią Marię przez lata ratowała praca oraz miłość do syna. Bliska więź łącząca ją z Jankiem pozwoliła obojgu przetrwać najtrudniejsze chwile.

Kiedy wyjechał do Łodzi, by tam studiować reżyserię, do pani Marii wprowadziła się samotność. Za namową syna kupiła sobie dwa koty syberyjskie – Wierę i Fiodora. Jednak dziś już wie, że żadne zwierzę nie zastąpi prawdziwej miłości…

– Chciałabym móc dzielić z kimś troski i radości, mieć w kimś oparcie. Chciałabym być kochana, bezinteresownie, bez udawania i walki – mówi Maria Pakulnis.

Rewia

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.