Reklama
  • Czwartek, 2 marca (11:00)

    Irena Jarocka i Marian Zacharewicz. Zgubiła nas pogoń za sukcesem…

Poznali się w połowie lat 60. na Wybrzeżu. Irena Jarocka (†66) miała wtedy 19 lat, Marian Zacharewicz (71) – rok więcej. Jego uwiodły jej wielkie oczy, uroda, a także nieprzeciętny głos. Wspólną ich pasją była muzyka!

– Zawsze byłem gotów jej akompaniować. Jakoś przypadliśmy sobie do gustu… – wspomina pan Marian. Przynosił jej róże, które lubiła, adorował. Byli sobie coraz bliżsi, choć pan Marian miał poważnego konkurenta – lidera Czerwonych Gitar Seweryna Krajewskiego (70). Wkrótce muzyka, zamiast łączyć, rozdzieliła ich. Zaraz po tym, jak przebojem Gondolierzy znad Wisły Irena Jarocka rzuciła Polskę na kolana, pojawiła się propozycja stypendium w Paryżu.

Reklama

– Polegało ono właściwie tylko na tym, że Irena miała zapewnioną pracę w kabarecie u Polki mieszkającej tam na stałe. Za codzienne występy dostawała bardzo skromne pieniądze. A musiała o siebie dbać, chodzić do salonów mody i urody. Dzięki temu opanowała sztukę makijażu. W Paryżu uczyła się także tańca i śpiewu.

Pobyt, który miał trwać 3 miesiące, przeciągnął się do 4 lat – opowiada muzyk w książce Marioli Pryzwan Wymyśliłam Cię. Irena Jarocka we wspomnieniach. Początkowo często do siebie pisali, ale później piosenkarka przestała się odzywać. Kompozytor dowiedział się, że kogoś poznała. Postanowił ją odzyskać.

– Pojechałem do Paryża. Zawiozłem jej pierwszą piosenkę, którą dla niej napisałem, czyli Wymyśliłam Cię, jeszcze bez tekstu. Znów zbliżyliśmy się do siebie. Oświadczyłem się. Przekonywałem, że powinna wracać do Polski, bo we Francji kariery nie zrobi. Nagrała wprawdzie dwie płyty, ale splot nieszczęśliwych wypadków sprawił, że przeszły bez echa.

Poza tym Irena była osobą bardzo rodzinną i to życie na obczyźnie było dla niej koszmarem. W dodatku przeciążenie pracą spowodowało, że na strunach głosowych pojawiły jej się guzki, miała kłopoty ze śpiewem. To wszystko ułatwiło mi złapanie jej za rękę, postawienie na nogi i nakłonienie do powrotu.

Już w Polsce, w Gdyni, wzięli ślub. Był rok 1972. Rozpoczęli wspólne życie, prywatne i zawodowe. Zawsze na walizkach, z koncertu na koncert, w kraju i za granicą… – Nie było gwiazdy, mówię to z pełną odpowiedzialnością, która cieszyłaby się taką popularnością jak Irena w latach 70. – podkreśla kompozytor.

– Była uwielbiana. Pół Polski się w niej kochało. Sprawiła to jej niecodzienna wrażliwość. Wszyscy, którzy się z nią zetknęli, mówili, że nie spotkali drugiej takiej osoby. Nie miała bowiem w sobie nic z aktorstwa, pozy, fałszu. Była naprawdę bardzo dobrym człowiekiem. Jednak brakowało jej tej pewności siebie, którą ma większość gwiazd…

Marian Zacharewicz, jak sam wiele razy powtarzał, był na początku kimś w rodzaju ochroniarza piosenkarki. – Potem awansowałem, bo zostałem tragarzem, szoferem, konferansjerem, kompozytorem, sekretarzem, menadżerem – wylicza.

Jednak praca ponad siły, zmęczenie i ciągłe przebywanie ze sobą prędzej czy później musiały położyć się cieniem na ich związku. – Irena nie mogła się cieszyć z tego wszystkiego, co kształtuje normalne stosunki w małżeństwie: czasu spędzonego w domu, na wakacjach, z dziećmi – mówi pan Marian.

– Mogliśmy grać i po 10 koncertów dziennie, bo takie było zapotrzebowanie. Ale tak duża popularność bardzo obciąża. Mnie się wydawało, że liczy się przede wszystkim kariera, którą wymarzyła dla niej jej mama. I że to ja realizuję te ambicje, które są najważniejsze. Okazało się jednak, że najważniejsze jest życie. Wciąż odwlekałem decyzję o dziecku i właśnie tego nie mogła mi wybaczyć… – przyznaje z pokorą muzyk.

Irena Jarocka miała wkrótce dosyć życia w ciągłym pędzie. – To był kołowrotek. Występy i pogoń za pieniędzmi. Setki koncertów w Europie, wyjazdy za ocean. Światła reflektorów, wypełnione po brzegi sale. Świat wirował, a my nie zauważyliśmy, jak zaczęliśmy żyć obok siebie. Doszłam do wniosku, że takie życie nie ma sensu – wspominała po latach.

Oboje płakali, kiedy się rozstawali, ale poważny wypadek samochodowy, z którego piosenkarka ledwo uszła z życiem, przyspieszył jej decyzję. – Nasz związek to był wspaniały poryw młodości – uważa pan Marian. – Zarzucam sobie tylko, że dałem jej za mało tego, czego szukała. I co znalazła przy drugim mężu. Ale to ja ją, mówiąc buńczucznie, stworzyłem jako artystkę, wiedząc, że jest zdolną wykonawczynią i piękną kobietą… Michała Sobolewskiego (69) piosenkarka poznała podczas koncertów w Leningradzie.

Potem ich drogi się rozeszły. Przypadkowo spotkali się później w Warszawie, kiedy jej małżeństwo z Zacharewiczem przeżywało poważny kryzys.

Wyszła po raz drugi za mąż, ale jej kariera zwolniła. – Zaproponowała mi, żebym zajął się jej sprawami. Nie zgodziłem się, bo wciąż ją kochałem. Wiedziałem, że nie umiałbym oddzielić spraw zawodowych od osobistych – mówi kompozytor.

Później, gdy emocje opadły, przyjaźnili się i czasem nawet razem pracowali. W 1982 roku piosenkarka urodziła córkę Monikę, potem wyjechała do USA, gdzie jednak nie czuła się szczęśliwa. Dlatego wróciła do kraju. Wkrótce dowiedziała się o nowotworze. 5 lat temu, 21 stycznia, przegrała walkę z bezlitosną chorobą.

– To, że mnie zostawiła, wybaczyłem jej dopiero, gdy była chora. Za późno… – kończy Marian Zacharewicz.

MP

Zobacz również

  • O dkąd w styczniu ubiegłego roku na świat przyszła Laura, w dotychczasowym apartamencie dziennikarza zrobiło się trochę ciasno. Dlatego Karolina Ferenstein-Kraśko (41) i Piotr Kraśko (46)... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.