Reklama
  • Środa, 22 lutego (15:00)

    Barbara Ludwiżanka, Władysław Hańcza. Smutne byłoby bez ciebie życie, maleńka

Połączyło ich uczucie, któremu nie była w stanie zaszkodzić ani wojna, ani kolejne romanse obojga.

On był wysoki, obdarzony władczym głosem. Ona zaś – drobna i krucha, o łagodnych oczach.

Władysław Hańcza (†72) i Barbara Ludwiżanka (†82) poznali się w roku 1934 w Teatrze Polskim w Poznaniu. Aktorka, która właśnie przyjechała z Krakowa, już na pierwszej próbie spowodowała, że starszy kolega zwrócił na nią uwagę, a potem stracił dla niej głowę! Wkrótce stała się najważniejszą osobą w życiu aktora!

Reklama

– Jakie smutne byłoby bez ciebie życie, tak cudownie mnie śmieszysz! – zwykł do niej mawiać.

Wychowała się w znanej lwowskiej rodzinie, w której tradycje teatralne sięgały kilku pokoleń. Władysław Tosik zaś, bo tak się naprawdę nazywał, urodził się w Łodzi i początkowo wiązał przyszłość z włókiennictwem. Szybko jednak poczuł, że jego prawdziwą pasją jest teatr. Dzięki niemu poznał pierwszą żonę Helenę Chaniecką (†61).

Pobrali się w 1929 roku, a 3 lata później urodził się ich syn, też Władysław. Młode małżeństwo wiodło typowe życie aktorów: na walizkach. Występowali w Katowicach, Toruniu, Łodzi i Poznaniu. Władysław Hańcza wiedział, że ojciec Barbary Ludwiżanki, Adam Ludwig, był profesorem konserwatorium i śpiewakiem operowym. Podczas gdy jego teść – tylko fryzjerem.

– Dostrzegał tę różnicę klas, a snobizm nie był mu obcy – wspominał po latach przyjaciel aktora. Wkrótce pan Władysław, ryzykując potępienie środowiska, odszedł od żony i 3-letniego wówczas syna do Barbary. Żyli sztuką, teatrem, z pasją dyskutowali o kolejnych rolach. Zaczęli odnosić sukcesy. Do pełni szczęścia brakowało im dziecka…

– Wyglądali zabawnie, kiedy szli. Hańcza, słusznego wzrostu, kroczył zazwyczaj pierwszy, za nim szła Barbara. On co pewien czas się zatrzymywał, odwracał i grzmiał na całą ulicę: znowu się zgubiłaś, maleńka! – opowiadali często świadkowie tamtych czasów.

W 1937 roku małżonkowie przenieśli się do Łodzi, a 2 lata później do Warszawy. Niestety, w wymarzonym Teatrze Narodowym aktor zdążył zagrać dwa razy. Lata okupacji były trudnym czasem dla obojga. Ona została wywieziona do Niemiec, gdzie pracowała przy pakowaniu ziół.

On po klęsce kampanii wrześniowej wrócił do Warszawy, pracował jako magazynier i konwojent. Po powstaniu warszawskim trafił do obozu.

Z Barbarą spotkał się w Polsce już po wojnie. Wtedy też aktor zmienił nazwisko z Tosik na Hańcza, które brzmiało bardziej scenicznie. Zaczął występować w filmach, wykładał w PWST w Warszawie. Rodacy pokochali go za rolę Kargula z trylogii Sami swoi, Nie ma mocnych i Kochaj albo rzuć.

Do dzisiaj pamiętamy go również jako księcia Radziwiłła w Potopie, teścia w Czterdziestolatku, a także hrabiego Wąsowskiego w Stawce większej niż życie. Pani Barbara żyła w cieniu męża. Jeśli już grała w filmach, to obsadzano ją głównie w rolach starszych pań. Do dzisiaj pamiętamy ją jako Julię, która w Seksmisji wyhodowała w doniczce kartofel. Wydawało się, że tworzą parę idealną.

– On nie tylko miał do mnie zaufanie. Wręcz wierzył we mnie! – mówiła często aktorka. Szczęście pary przysłonił jednak w połowie lat 50. XX wieku romans aktora z Elżbietą Barszczewską (†74), amantką przedwojennego kina.

Pani Barbara też wdała się w romans – z Jerzym Kreczmarem (†82), reżyserem przedstawienia Paryżanka, w którym grała. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby nie przedwczesna śmierć jego starszego syna Tomasza Kreczmara w 1958 roku.

Romanse nie zniszczyły dobrych relacji małżonków. Prawdziwym ciosem dla pana Władysława była za to nagła śmierć jego syna, również aktora teatralnego, z którym przez całe życie nie miał prawie wcale kontaktu. Mężczyzna zmarł nagle w 1966 roku, w wieku 34 lat.

Jego ojciec do końca życia nie mógł uporać się z tym dramatem, wyrzucając sobie, że nie sprawdził się w tej ważnej życiowej roli. Na szczęście była wtedy przy nim ukochana Barbara.

Od tamtej pory aktor żył pracą, wypełniając pustkę po stracie syna. Często grał z żoną. W Chłopach on wcielił się w Borynę, ona zaś – w Jagustynkę. Oprócz teatru ich wspólną pasją były podróże. – Moja zachłanność życia wynika z pośpiechu. Kto wie, co komu pisane? Przepowiedziano mi, że umrę w 72. roku życia, niewiele czasu zostało, by cieszyć się uśmiechami losu – tłumaczył aktor.

W 1977 roku pojechali na Sycylię. Aktor źle się poczuł i trafił do szpitala. Zmarł 19 listopada, ponoć dokładnie w chwili, gdy żona wchodziła na scenę w macierzystym teatrze. Barbara Ludwiżanka przeżyła go o 13 lat.

KW

Zobacz również

  • Jeszcze nie – odpowiada Borys Szyc na pytanie, czy jego partnerka Justyna Nagłowska nosi już jego nazwisko. Wydaje się jednak, że aktor, który w tym roku będzie obchodził 39. urodziny, jest bliżej... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.