Reklama
  • Środa, 1 marca (15:05)

    Anna i Wiesław Dymni. Życie z nim było balansowaniem nad przepaścią

W ich związku spotkały się dwa skrajne temperamenty. Ona była delikatna i piękna. On – szalony artysta i dziwak...

"Wszyscy zawsze pytają o śmierć Dymnego: jak to się stało, że on umarł, i czy to prawda, że na początku znajomości mi przyłożył. A to nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia” – mówiła Anna Dymna w jednym z wywiadów.

Reklama

Dla niej ważne było to, co pośrodku: jak pijany czy nie, zawsze czekał na nią pod teatrem. Jak nocami czytała mu na głos „Czarodziejską górę”. Jak jeździli po Krakowie samodzielnie złożonymi rowerami (a za nimi nieodłączny ubek, też na rowerze). Jak pisał dla niej wiersze, takie na przykład: „Twoje oczy lustra duszy/ Twoje biodra... o mój Boże/ Twoje nogi akt strzelisty/ Twoje łono pomysł czysty”.

Co ona w nim widziała?

Ale to prawda, że zaczęło się od podbitego oka. 20-letnia Dymna, wtedy jeszcze pod panieńskim nazwiskiem Dziadyk, podczas wolnego od zdjęć weekendu utknęła na zamku w Łącku, gdzie kręcono „5 i 1/2 bladego Józka”. Oprócz niej zostali tylko aktor Jerzy Cnota i scenarzysta Wiesław Dymny, o czym przekonała się wieczorem, kiedy zdrowo podpici panowie postanowili urządzić pod jej drzwiami turniej ping-ponga.

„Źle się tego wieczoru czułam, więc wyszłam i zapytałam, czy mogą przestać i siedzieć cicho. Wywiązała się awantura, Dymny strasznie narozrabiał” – wspominała, ale właściwie to ona zaczęła – dała mu w twarz i, ku jej zdziwieniu, on jej oddał.

Następnego dnia jechała na spektakl z przesiadką w Kutnie, a tam na dworcu czekał już śmiertelnie zawstydzony Wiesław z wiechciem przemarzniętych goździków. Wymamrotał tylko „przepraszam”, a ona na to odruchowo pocałowała go w policzek. „I to był chyba ten moment” – mówiła Dymna.

Szybko stali się nierozłączni, a krakowskie towarzystwo zachodziło w głowę, co wielkooka mimoza mogła dostrzec w tym awanturniku i dziwaku. Do jej rodziców przyszło nawet kilka anonimów: że alkoholik, brutal i w dodatku żonaty. Jednak małżeństwo 15 lat starszego od Anny Dymnego dogorywało i bez niej.

Jego pierwsza żona, barmanka z Klubu pod Jaszczurami, Teresa Hrynkiewicz, miała już dość jego pijackich ekscesów i zaborczości. Podobnie jak pół Krakowa – ludzie kochali go za szalone występy w Piwnicy pod Baranami, ale gdy orientowali się, że równie nieprzewidywalny jest poza sceną, schodzili mu z oczu. „Miał urok człowieka, który może zabić” – podsumował go kiedyś Kazimierz Kutz.

W Piwnicy jednym ciurkiem – czy raczej ciągiem – potrafił przesiedzieć tydzień. „Ja nigdy w życiu po pijanemu nie napisałem niczego wartościowego. A wiem, że jak pójdę do Piwnicy, to zacznę pić” – mówił Annie, ale jednocześnie to właśnie pod Baranami było jego miejsce, bez kolaudacji, bez cenzorów, którzy byliby w stanie powstrzymać jego dzikie monologi tak, jak utrącali jego kolejne scenariusze.

Wszystko robili razem

„Ja wiem, dlaczego był, jaki był. Wiem, co to znaczyło naprawdę – mówiła Dymna. – Pod skorupą dzikiego człowieka, chował się zrozpaczony, wrażliwy i przestraszony chłopiec”. „Czasem myślę, że gdybym wtedy była na jego miejscu, to też bym nie wytrzymała. Artyście o jego wrażliwości trudno było przetrwać. Miał charakter wolnego ptaka, a wtedy nie było gdzie latać” – dodawała.

Na początku pił jakby mniej, co chwila znosił jej prezenciki. A potem wszystko wracało. „Życie z nim było ciągłym balansowaniem nad przepaścią. Na początku małżeństwa myślałam, że nie dam rady, a potem zrozumiałam, że nieważne, co się będzie działo, i tak było warto z nim być. Bo trzy dni z Dymnym trzeźwym rekompensowały mi cały miesiąc, kiedy gdzieś znikał i musiałam go szukać...”.

Gdy nie pił, mogła na nim polegać bardziej niż na sobie. Wszystko, co do dziś uważa w życiu za wartościowe, przypisuje jego wpływowi. „Nauczył mnie takich rzeczy, które do tej pory są dla mnie kręgosłupem” – mówi.

Nie znosił gwiazdorzenia i dbał o to, by pięknej, młodziutkiej i rozchwytywanej aktorce nie przewróciło się w głowie. Gdy pewnego razu na spacerze żartem zapowiedziała, że kiedy wreszcie stanie się gwiazdą, nie będzie gotować, ale jadać wyłącznie w restauracjach, wydarł się na nią na całą Karmelicką: „A co ty sobie właściwie myślisz? Że jesteś lepsza od innych? Będziesz gotować, będziesz prać, bo ty przede wszystkim jesteś i masz być człowiekiem. Aktorką będziesz potem. A jak nie będziesz człowiekiem, to z czego będziesz czerpać materiał do swego aktorstwa?”.

Nie wiedli życia zwykłych śmiertelników. Po ślubie w 1972 r. (Dymny sam uszył jej kreację) wprowadzili się na wielki, zaadaptowany na mieszkanie strych. Żeby wejść do środka, trzeba było przecisnąć się koło kącika stolarskiego i góry wiórów: wszystkie meble Wiesław projektował i robił sam, a Anna szlifowała je i bejcowała.

Ich wspólne życie to nieustanna twórcza gorączka. „Robiliśmy wszystko razem. Razem stawialiśmy ściany, zbijaliśmy meble, szyliśmy moje stroje, cieszyliśmy się drobiazgami.

Jak w transie – nie spaliśmy całymi nocami, ja czytałam mu na głos książki, on uczył mnie rysować. Kochaliśmy się i nic więcej nie miało znaczenia” – wspomina Anna Dymna.

Ich życie się nie skończyło...

Czasem go napadało i natychmiast musiał wypróbować coś nowego. Zainteresował się fotografią i błyskawicznie urządził domowe atelier. Uczył się szyć, od razu przygotowując Annie całe futro. No, prawie całe, ponieważ rękawy i kołnierz musiała już wszyć sama. I tak było ze wszystkim.

Talentów miał aż za dużo, działał zachłannymi skokami, to pisał, to malował, to rzeźbił, i zaraz rzucał w kąt. Skalę tego zjawiska poznała dopiero, gdy w 1977 r. w mieszkaniu wybuchł pożar. Eksplodował kineskop radzieckiego telewizora. Spaliło się prawie wszystko – meble, ubrania, ale przede wszystkim jego zapiski, zeszyty, obrazy, rysunki, choć tym, co zostało, i tak można by obdzielić kilku pracowitych artystów.

Kilka miesięcy później, 12 lutego 1978 r., Anna spędzała noc na planie filmowym, a Wiesiek pod Baranami. Pożegnali się koło godziny 21. Mieli spotkać się następnego dnia na obiedzie, ale Wiesław spóźniał się, nie odbierał też telefonu. „Zaczęłam się kontaktować z różnymi ludźmi i okazało się, że on w ogóle nie dotarł do Piwnicy” – opowiadała Dymna.

Znalazła go leżącego na podłodze w kuchni, lekarz ocenił, że musiał umrzeć już poprzedniego wieczora. „Powiedzieli, że serce, a następnie, że zgon nastąpił z powodu alkoholu. Trudno było w to uwierzyć, bo przecież dwie godziny wcześniej widziałam się z nim i był trzeźwy. Pomyślałam sobie, że może coś mu ktoś wstrzyknął?” – zastanawia się.

Nigdy się tego nie dowiedziała, ale jedno wie na pewno – ich wspólne życie wcale się nie skończyło. Przed ślubem umówili się, że Anna zmieni nazwisko i razem będą na nie pracować. „Raz on, raz ja. Więc żyję, wciąż pracuję na to nazwisko Dymny i bardzo się staram – mówi aktorka. – I kiedy mam dylemat, zastanawiam się, co Wiesiek by powiedział”.

MP

Życie na Gorąco Retro

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.